poniedziałek, 6 czerwca 2016

Czasem i dół się zdarza

Dziś nawet duński nie poprawił mi humoru. Znowu nie byłam w stanie usnąć w nocy. Na domiar złego - 'akademik' (cudzysłów użyty celowo) ma nadbudowywane kolejne piętro. Plac budowy - na którym i tak mieszkamy - jest teraz jeszcze większy.







I jeszcze te nerwy związane z egzaminami... ech... :(

A do poduszki - czytam wiersz Emily Bronte.

Often rebuked, yet always back returning
To those first feelings that were born with me,
And leaving busy chase of wealth and learning
For idle dreams of things which cannot be:

To-day, I will seek not the shadowy region;
Its unsustaining vastness waxes drear;
And visions rising, legion after legion,
Bring the unreal world too strangely near.

I'll walk, but not in old heroic traces,
And not in paths of high morality,
And not among the half-distinguished faces,
The clouded forms of long-past history.

I'll walk where my own nature would be leading:
It vexes me to choose another guide:
Where the gray flocks in ferny glens are feeding;
Where the wild wind blows on the mountain side

What have those lonely mountains worth revealing?
More glory and more grief than I can tell:
The earth that wakes one human heart to feeling
Can centre both the worlds of Heaven and Hell.



niedziela, 5 czerwca 2016

Duńskie Święto Konstytucji

Polska obchodzi Święto Konstytucji w maju, Dania - w czerwcu. Upał dziś jak jasna cholera, więc - nie chcąc iść na Amager Strand - gdzie szpilki nie wciśniesz, tyle ludzi - dosiadłam Myszora i pojechałam Englandsvej w stronę Tarnby. 


(Duńczycy zmierzają na plażę)





(Od dzisiaj już nie narzekam na tłumy oblegające polskie plaże)

Kilka zdjęć z wycieczki. Pojechałam prosto Englandsvej, dojechałam do granicy Kobenhavns Kommune i Tarnby Kommune, zawróciłam, skręciłam w Irlandsvej i wylądowałam koniec końców na Amagerbrogade.


(Wiedziałam, że istnieje Tour de France.
Wiedziałam, że istnieje Tour de Pologne.
Od dziś wiem, że istnieje Tour de Amager)



(Bake my Day:) )


(Wszystkie drogi prowadzą do Odense?
A gdyby tak tam pojechać...?)



(Duńczycy nie mają duńskich myjni samochodowych.
Duńczycy dysponują AMERYKAŃSKIMI myjniami samochodowymi)


(Powrót Alicji!)


Taka mała rozpusta...



Siadam do nauki duńskiego. Tak, kiedyś muszę siąść wreszcie do nauki.


Bicykle w pięknej Kobenhavn - kilka rad i uwag

Kopenhaga to - obok Amsterdamu - najbardziej 'zarowerzone' ('zarowerowane'? Wiem, tworzę neologizmy!) ze znanych mi miast. Ilość rowerów idzie tu w jakieś tryliardy. Moja piękna Kobenhavn jest miejscem mega nastawionym na obecność użytkowników dwóch kółek. Aczkolwiek warto pamiętać o kilku rzeczach:
1. Ścieżki rowerowe są praktycznie zawsze i wszędzie - kobenhavners (czyli - po naszemu - kopenhażanie) dysponują możliwością dojechania swoim bicyklem właściwie w każde miejsce miasta, bo chyba ciężko będzie znaleźć taki zaułek, do którego nie dojechałoby się rowerem. Ścieżki są bardzo dobrze oznakowane. W 'godzinach szczytu' panuje na nich nieziemski tłok. Jakkolwiek trywialnie to zabrzmi - jadąc ścieżką  trzymamy się prawej strony - lewa część ścieżki służy najczęściej do wyprzedzania. Jeśli odstąpimy od tego zwyczaju - będą na nas krzywo patrzeć, dryndać dzwonkami, krótko mówiąc: będą się zachowywać niczym - zazwyczaj - polscy kierowcy na polskich drogach.
2. Oddzielne cykle świateł  dla rowerzystów - uwaga: bo na tym można się nieźle przejechać. Zwłaszcza, jeżeli się jedzie samochodem - mojemu Ojcu na przykład, gdy tutaj był, te cykle świateł się z początku myliły. Wygląda to jak zwyczajny słup sygnalizacji świetlnej, tylko światła są jakieś pięć razy mniejsze - no i jest oznakowanie sugerujące, że to dla rowerów. Na ścieżkach rowerowych istnieją również odrębne pasy dla skręcających - i tak, jadąc prosto, sugeruję popatrzeć, czy bynajmniej nie suniemy pasem dla skręcających, bo jeśli tak, to będą na nas... (patrz - ostatnie zdanie pierwszego podpunktu). Warto pamiętać, że czasami ścieżki rowerowe stykają się z tymi dla aut - to znaczy: bywa, że pas dla skręcających aut jest jednocześnie pasem ścieżki rowerowej (oczywiście, i na to jest odpowiednie oznakowanie). Zalecana wzmożona ostrożność - jeśli, oczywiście, nie chcemy zostać potrąceni przez auto. 
3. Kask - nie jest konieczny, choć zalecany. Zasadniczo obowiązek jazdy w kasku mają dzieci. Ponieważ wśród tylu rowerów czasem mogą zdarzyć się upadki, wypadki, przypadki - warto w kask zainwestować. Kasków tutaj w sklepach jak u Żyda czapek - do wyboru, do koloru.
4. Autostrady dla rowerów - cóż... w Polsce chyba póki co możemy o tym tylko pomarzyć. Tutaj jest autostrada na przykład na Vesterbro - tuż obok centrum handlowego Fisketorvet. Jest mega wygodna - wiem, bo jeździmy nią z Myszorem - tylko my dwoje i inne rowery z właścicielami. ŻADNYCH AUT. NIE - ROWERZYSTÓW TEŻ CIĘŻKO SPOTKAĆ :)


(Autostrada dla rowerów. /Zdjęcie z zasobów Internetu/)

5. Parkowanie bicykla - generalnie: Duńczycy stawiają rowery jak im się żywnie podoba, nawet ich nie przypinają. No, chyba, że mają taki znak (i wiedzą, że zostawić dwóch kółek nie mogą, choćby nie wiem, jak chcieli).





Ja osobiście sugeruję - zwłaszcza w centru miasta - jednak stawiać rowery na stojakach, a przynajmniej przypinać do czegoś. Ćwiczyliśmy z Myszorem parkowanie w rozmaitych dziwacznych miejscach, ale nigdy nie zapominałam o tym, by Myszkę przypiąć, choćby do rynny, jeśli nie było stojaka. ROWER NIEZABEZPIECZONY JEST BARDZO ŁATWYM KĄSKIEM DLA ZŁODZIEI, A TYCH JEST TU NIEMAŁO.  Na Myszę też się ktoś zasadzał. Wspominałam przecież we wpisie o zuchwałej próbie kradzieży.
6. Kradzieże rowerów - jest ich tak dużo, że tutejsza policja już sobie raczej dała spokój z poszukiwaniami złodziei. I to proponuję mieć na uwadze, jeśli chcemy kupić używany rower albo właśnie nam go rąbnięto i usiłujemy go odzyskać. Wiem, może brzmi dziwnie, ale już tłumaczę, dlaczego zwracam na to uwagę: otóż - poza duńskim Allegro, czyli dba.dk - popularnym środkiem zaopatrywania się w niedrogi używany bicykl, jest odbywająca się bodaj co miesiąc aukcja policyjna. Możliwe, że nasz rower właśnie na takiej aukcji sobie stoi. Również możliwe jest, że kupimy na takiej aukcji dwa kółka, a potem - gdzieś na ulicy - spotkamy okradzionego właściciela.
 7. Serwisowanie - z tym raczej nie powinno być problemu: serwisy są na każdym kroku właściwie. (Wczoraj odebrałam Myszkę z serwisu na Amagerbrogade.) Są to sklepy rowerowe połączone z serwisem, od czasu do czasu są rozmaite upusty i można kupić nowy, naprawdę ładny rower - ja na przykład nie mogłam oderwać oczu od przepięknej damki w kolorze śliwkowym, lecz Myszor to jednak Myszor <3 Lusterka, światełka, dzwonki, nakładki na siodełka (ważne, jeśli nie chcemy, by zmokła nam d***, gdy lunie deszcz; pogoda w Danii kocha płatać figle), zapięcia -  w to wszystko możemy się tam zaopatrzyć. 


(Myszorowa nakładka na siodełko :p Bardzo przydatna rzecz!)

A tak wygląda sygnalizacja świetlna. Dla aut po lewej, dla bicykli po prawej.



Ufff... się rozpisałam:) Idę przestawić Myszora - który dziś dzielnie imprezował całą noc razem z moją koleżanką :) )

sobota, 4 czerwca 2016

Już bliżej niż dalej

Mam tutaj być do 30 czerwca. Ależ zleciało te (prawie) pięć miesięcy. Wiadomo, zaliczyłam - i de facto zaliczam nadal - wzloty i  upadki, choć mam nadzieję, że tych wzlotów było, jest i będzie więcej aniżeli upadków. Jakby jednak nie było - powoli muszę ogarnąć resztę prac zaliczeniowych, które mam do napisania (czyli od najbliższego poniedziałku muszę - przepraszam najmocniej - bardzo przysiąść fałdów). Pakowanie zajmie mi minutę i dziesięć sekund, bo mój studencki dobytek jest tutaj naprawdę skromny, ale cała papierologia, rozliczanie wyjazdu et caetera, trochę mnie jednak przeraża. Mam też cichą nadzieję, że zdam egzaminy, że ominą mnie poprawki (jakoś do tej pory mnie zazwyczaj omijały; głupio byłoby więc uwalić ostatnią sesję podczas pięcioletnich studiów). 


(Dzisiejszy Christianshavn)

Widzę jedno - i to mnie bardzo cieszy. Chociaż odrobinę poprawił się mój angielski. Wiadomo, kwestia słuchu, no i mój angielski nigdy jakoś bardzo biegły nie będzie, ale po tych pięciu miesiącach  mówienia - po polsku się z Duńczykiem, niestety, nie dogadasz - i wyłapywania tego, co do mnie mówią - jest to trochę mniej limited English niż był na początku. Z początku Duńczycy za cholerę mnie nie rozumieli i wytrzeszczali oczy przy najprostszym pytaniu. Teraz już jest mimo wszystko znacznie łatwiej - ja osłuchałam się z nimi, a oni ze mną. Fakt, moja mowa jest dość specyficzna (i znów ten słuch!). Nawet mój ojczysty język polski - jakkolwiek pod względem gramatycznym jest całkiem niezły - o tyle akcent sprawia mi niekiedy problemy, jak również wymowa.  



(Christianshavn) 

No i również mnie cieszy - i to chyba jeszcze bardziej - nauka duńskiego! Daje mi taką pozytywną energię! Znam angielski, podstawy języka migowego, skrawki niemieckiego, ochłapy łaciny - to teraz uczę się ojczystego języka Kierkegaarda. I czuję, że na tym nie poprzestanę. Dawno nauka języka obcego nie powodowała u mnie takiej radochy jak duński właśnie! 


(Spacerem w stronę Stroget)

Myślę, że znajdę w najbliższych dniach więcej czasu,  by zająć się blogiem - między innymi przenieść go na wordpressa, wgrać logo itepe. Już będąc zupełnie blisko wyjazdu lub wręcz będąc już - jak to mawia mój Tatuś - 'we Warsowii', napiszę posta podsumowującego wyjazd - z praktycznymi informacjami dotyczącymi Danii, Erasmusa itepe, itede, itepe, itede, itepe. Generalnie: dotyczącymi pędzenia żywota ubogiego studenta w pięknej Kobenhavn. 


(Gnieżdżą się w akademiku,
mają każdy po czajniku...)

Z newsów - Myszor uratowany! Odebrałam go dziś z naprawy. Już wszystko jest dobrze. Aktualnie pożyczyłam go koleżance. 


(Witryna jednej z księgarń)


(I - znów Christianshavn)


piątek, 3 czerwca 2016

Upalnie


Upał. 27 stopni. Lubię ciepło, ale teraz jest za gorąco. (Chyba się wybiorę do Londynu - tam ponoć jest stopni 13.) Musiałam oddać Myszora do naprawy. Rozmawiałam z facetem z serwisu. Potwierdził moje przypuszczenia - prawdopodobnie hamulec został uszkodzony podczas próby kradzieży. Jutro mój Mysz ma być gotowy do odbioru. Póki co - wczoraj zwiedziłam największe centrum handlowe w Skandynawii - Field's. Przyznaję, jestem straszną sroką, kręcą mnie wszelakie błyskotki, więc najbardziej pociągała mnie biżuteria. Z naciskiem na kolczyki, bo to one są moimi ulubionymi precjozami. Mam trzy dziurki w prawym uchu, dwie w lewym, swego czasu miałam przekłuty pępek, ale to było lata temu - dziura już dawno zarosła. Kiedyś wychodziłam z założenia, że im większe kolczyki - długie, wiszące - tym lepiej. Od kilku lat moje preferencje są nieco inne. Aczkolwiek w tym momencie mam w uszach kolczyki - koła.



Jedno z kopenhaskich osiedli na Amager. Troszeczkę przypomina mi nasz Ursynów.



Jutro odbieram Myszę. I mam ochotę zaszaleć. A co z tego szaleństwa wyjdzie - zobaczymy.

czwartek, 2 czerwca 2016

Potężna kopenhaska gleba

Wczoraj - czyżby w ramach wątpliwie udanego prezentu zesłanego przez los z okazji Dnia Dziecka? - zaliczyliśmy z Myszorem największą glebę od czasów sławetnej gleby z 2009, zakończonej koniecznością dorabiania dwóch zębów, leczenia podbródka (skóra zdarta do krwi), łokci, kolan etc., etc., etc.



Zmierzając do Kobenhavns Sprogcenter na duński, pedałowałam ruchliwą Vesterbrogade. Ścisłe centrum miasta, tryliard samochodów, pierdyliard bicykli i tłumy narodu generalnie (Dania ma tę wielką zaletę nad - na przykład - Polską, że jak się robi ciepło, to przedstawiciele ludu nie narzekają, że jest - cholera - za gorąco, tylko biorą rowerki, idą na spacerek, względnie biorą leżaczek i szorują do parku). A wracając do wczorajszego spektakularnego upadku - nagle facet pomykający przede mną zaczął hamować. Chwyciłam tylny hamulec i - o dziwo - cymbał jeden, nie reagował. Ja naciskałam, a on - skubany - jechał, więc, celem uniknięcia wjechania gościowi w zadek - złapałam za przód. I pofrunęłam, drąc się: 'O, Jezu!'. Chciałabym widzieć miny obserwatorów całego zajścia, bo musiało to wyglądać iście zjawiskowo. Ścieżka rowerowa, na ścieżce Myszor, na Myszorze ja, a dookoła moje torby, książki, piórnik itepe. Dziękować Istotom Wyższym; skończyło się - w przeciwieństwie do niemal identycznie wyglądającej gleby sprzed siedmiu lat - na urazie psychicznym. Ktoś podniósł mnie, ktoś postawił na koła Myszora, inni ludzie zbierali mój ubogi studencki dobytek. Niestety, już wiem, że Myszora i mysie hamulce będzie musiał obejrzeć jakiś Magister Inżynier Od Rowerów (nawet jedna z osób stawiających nas obydwoje wczoraj do pionu powiedziała: 'Dziewczyno... przecież Tobie tylny hamulec w ogóle nie działa!'), być może zdarzy się to dziś, być może jutro. Dlaczego 'być może'? Cóż... na dziś mam plany 'napięte, ale realne', jak to mawia Mecenas S., czyli mój Tatuś. W związku z tym nie wiem, czy zdążę dziś podjechać do rzeczonego Magistra.



(Powyżej - uczelnia)


(Takie cuda tylko w wydziałowej bibliotece :p )




(Pewna część wczorajszej lekcji duńskiego odbyła się w parku)

I wczorajszy hit. 


(Wielce wymowny plakat w centrum miasta :p)